niedziela, 15 stycznia 2012
Śniegu...
... mi się zachciało, no to mam. Pada, biało jest, wieczorami zdecydowanie jaśniej. Sierściuch Łaciaty uznał zjawisko za tak fascynujące, że nie raczył wrócić do domu na noc, przysparzając mi dość ciężkich przeżyć, bo to właściwie pierwsza zima na dworze moich futer, i ich pierwszy śnieg, którego doświadczają w plenerze. Wcześniej mieszkaliśmy w miejscu, które wykluczało wypuszczanie zwierzyny - za dużo ruchliwych ulic, za dużo obcych zwierząt dookoła. Teraz za to snują się godnie niczym panie na włościach, polują (i, niestety, przynoszą latem zdobycz do domu) i zdarza się, że przepadają na całą noc. Tyle, że śniegu do tej pory nie było.... a jak już spadł, a Łatusia nie wróciła do domu nocną porą, miałam pewne obawy, że ją zasypało do cna. Wychodziłam, wołałam - zero odzewu. Wreszcie, tuż przed zmrokiem, odkryłam ślady łapek dookoła domu. Po chwili zjawiła się też nocna imprezowiczka - w stanie doprawdy godnym pożałowania. Nadmienię, że jest to kot typu "patrzcie, jaka jestem urocza" - różowy nosek, różowe poduszeczki łapek, łatki "tygrysie" na śnieżnobiałej sierści... Tymczasem do domu wróciło straszydło o czarnym pysku, czarnych niczym "święta ziemia", jak mawiała moja babcia, łapach, wyglądające, jakby się właśnie pobiło z workiem węgla. Póki co, doczyszczanie nie przyniosło rezultatów, nie pomógł suchy szampon dla kotów ani specjalne chusteczki. Szarość sierści kontrastuje interesująco z różowością noska. A śnieg ciągle pada....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz