... poszłam sobie dzisiaj do fryzjera. Kiedy się zapisywałam, M. spytała: "Ale nie boisz się przyjść w piątek trzynastego?", na co odparłam dzielnie, że nie. W efekcie wyszło na to, że to ona powinna była się bać, bo kiedy myła mi głowę po farbowaniu, odpływ zatkał się tak, że trzeba było przeprowadzić 30-minutową akcję ratunkową z udziałem "Kreta" itp utensyliów. Miałam pewne obawy, że w tym odpływie utkwiła resztka moich włosów (trzynasty!) i do domu wrócę łysa, ale okazało się, że nie. Fryzura wyszła całkiem przyzwoicie, łudząco podobna do mojej ślubnej.... drugiej ślubnej. Zasadniczo nie mam nic przeciwko.
Praca za to rozlazła mi się dzisiaj kompletnie, nie zrobiłam właściwie nic konstruktywnego, tyle, że działam coraz aktywniej na portalu branżowym, na który wlazłam na złość własnemu mężowi (na zasadzie: skoro on może siedzieć godzinami na tych swoich forach, to i ja mogę! Ha! Oczywiście, nic nie zauważył. Zresztą, nie ma bladego pojęcia co robię. I bardzo dobrze!). Okazuje się, że to naprawdę wciąga! Praca jako hobby nabiera nowego, interesującego wymiaru.
Wieczorem natomiast zaległam na łożu naszem szerokiem z kotami i książką, w treści raczej ponurą ("Opowieść wdowy" Joyce Carol Oates), i, czytając, czyniłam mimochodem wysiłki, żeby dyplomatycznie zbliżyć do siebie nieco na powrót nasze niesforne sierściuchy. Problem w tym, że sierściuchy, rodzone siostrzyczki z jednego miotu (trafiły nam się akurat najstarsza i najmłodsza), do czasu zżyte, zgrane i wtulające się w siebie nawzajem czule przy każdej okazji, w pewnym momencie życia stwierdziły, że oto czas, by ich drogi się rozeszły. Ściśle biorąc, stwierdził tak Sierściuch Łaciaty, który uznał, że jest już dorosły, samodzielny i odtąd będzie jedynym kotem na świecie. Sierściuch Czarny do dziś chyba nie czai, dlaczego siostra skazała go na taki dotkliwy ostracyzm, a że jest zasadniczo łagodnego charakteru, okazuje wyłącznie zdziwienie, kiedy Sierściuch Łaciaty prycha na niego i fuka; od czasu do czasu dochodzi nawet do (z reguły jednostronnych) łapoczynów. Tfu, odpukać, mam wrażenie, że od jakiegoś czasu jest trochę lepiej - oto dobrnęliśmy do punktu, w którym siostrzyce są znowu w stanie leżeć na tym samym łóżku, co nikogo z obecnych nie doprowadza do spazmów, fumów ani wybuchów wściekłości (co najwyżej od czasu do czasu jedno futro, z reguły oczywiście to łaciate, wynosi się ostentacyjnie i z obrazą). Dziś - spory sukces - udało mi się niepostrzeżenie tak pokierować rozwojem wydarzeń, że w pewnej chwili Sierściuch Łaciaty leżał z nosem wtulonym w ogon Sierściucha Czarnego, i nie protestował.... Kiedy się zdrzemnęłam jednakże, konfiguracja natychmiast uległa zmianie: po przebudzeniu stwierdziłam, że oto sierściuchy ulokowały się po obu moich stronach, tak, żeby broń Boże nie widzieć się nawzajem i nie mieć ze sobą styczności. Dobre i tyle, w sumie.
Następnie zaś zwlokłam się z łóżka, bo mnie olśniło. Leżałam bowiem, medytując ponuro i zastanawiając się, dlaczego ja tak nienawidzę zimy, dlaczego jest taka ponura i co zrobić, żeby ten stan rzeczy zmienić? No cóż, okazuje się, że to dość oczywiste. Po prostu jest ciemno! Podwójnie ciemno, bo śnieg nie pada. Gdyby go chociaż trochę spadło, to nawet u nas, mimo całkowitego i absolutnego braku latarń, zrobiłoby się jednak trochę jaśniej.... A co z tym fantem zrobić? Proste: napalić w kominku! Nic tak nie poprawia nastroju, jak ogień w kominku, przynajmniej mnie - mam najwyraźniej duszę piromana. Wyczyściłam więc szyby, usunęłam popiół (przy tej okazji znalazłam podpieczoną biedronkę, co trochę mnie zaskoczyło) - kiedy kończyłam, przybył z odsieczą mój mąż, zwabiony hałasem, i dokończył dzieła. Faktycznie, pomogło! A już całkiem optymistycznie zrobiło się, kiedyśmy przy tym ognisku domowym wypili sobie po drinku. No! Tak to ja mogę zimować!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz