Nie pisałam, bo byłam zajęta. Byłam zajęta, bo spełniałam się pełnoetatowo... no, powiedzmy, 3/4 etatowo się spełniałam... jako macocha. Na pozostałą 1/4 etatu usiłowałam pracować, ale szło mi średnio. Jeśli już o pracy mowa, to jakoś lepiej szło mi traktowanie pracy z perspektywy hobbystycznej. Czytaj: siedzenie na forum branżowym i zajmowanie się pracą cudzą, zamiast własną. Niestety, forum branżowe nie rewanżuje mi się tym samym. Odpowiedziałam ostatnio na 20 pytań i wrzuciłam jedno własne. Nie odpowiedział mi nikt. Nie wiedzą, żuczki, czy jak?...
Etat macochy natomiast jest stosunkowo prosty w realizacji, ponieważ córka mojego męża, lat 12 (niebawem 13, matko jedyna, jak ten czas leci...) ma już właściwie do perfekcji opanowane zajmowanie się sobą. Moje zadania mogłyby się właściwie ograniczać do gotowania zupy pomidorowej ze świeżych pomidorów (ewentualnie z dodatkiem makaronu własnej roboty, ale biały ryż jaśminowy też przejdzie). Jest to bowiem jedyny produkt spoza kategorii "Chipsy i słodycze", który dziecko pochłania z własnej i nieprzymuszonej woli w dużych ilościach. A chude jest jak patyk, więc jednak zadbać należy, żeby COŚ jadło od czasu do czasu.
A jak już zje pomidorową, a z pracy wróci mój mąż (który z reguły pomidorowej NIE zjada, bo się nieustająco odchudza, ze mną razem zresztą), bierzemy się za oglądanie filmów albo za granie w planszówki. I w jednej, i w drugiej dziedzinie mamy swoje świrki. Ze 2 lata temu zaczęła nam się faza na ekranizacje Agathy Christie, przerobiliśmy zatem rzetelnie całą serię Poirota z Davidem Suchetem, po czym odkryłam pannę Marple w wersji z Geraldine McEwan i zachwyt mój sięgnął zenitu. Wiem, że te ekranizacje do książek Christie miewają się na ogół jak pięść do nosa, ale Geraldine McEwan najchętniej adoptowałabym na babcię własną ze skutkiem natychmiastowym. Oczywiście, we wcieleniu panny Jane Marple.
Ostatnio zaś na topie były nie filmy, ale gry planszowe, a właściwie jedna. Oto po licznych rozterkach i długim namyśle, z duszą na ramieniu, postanowiłam zainwestować niebagatelną kwotę w „Boże igrzysko”. Okazało się, że to strzał w 10... przynajmniej dla nas, starych. Dziecko do tematu podeszło z niejaką rezerwą, pierwsza rozgrywka próbna pierwszej tury wydała jej się chyba dość niewąsko nudna, ale kiedyśmy już przebrnęli przez instrukcję i zaczęli grać na poważnie, wciągnęło nas bez reszty. I bylibyśmy nawet i Polskę ocalili przed rozbiorami, gdyby mi mąż mój rodzony w trzeciej turze nie urządził liberum veto.... przez co napadli na nas Turcy, którzy uprzednio napadli na Habsburgów. Notabene, grając w tę grę po prostu nie da się lubić Habsburgów.... co mnie akurat wyjątkowo odpowiada, ponieważ zgadza się idealnie z moimi zapatrywaniami polityczno-historycznymi. Od lat jestem fanką królowej Bony i jej metod wychowawczych, mimo, że w bardzo wczesnej młodości zaczytywałam się namiętnie Kraszewskim, który portretował ją nader ponuro. Gra w każdym razie świetna – nie mogę odżałować, prawdę powiedziawszy, że dziecko oddaliło się na resztę ferii w góry z własną mamusią, w ten sposób bowiem straciliśmy trzeciego do gry... Z drugiej strony, może to i lepiej. Terminy w pracy zaczynają mnie dość dotkliwie gryźć po zelówkach, pora wracać na pełen etat, i to pełną parą....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz