środa, 11 stycznia 2012

Pisanie...

na bloggerze faktycznie podnosi na duchu - jest urzekająco łatwe. Nawet kompletna noga html-owa jest w stanie jednym palcem (u tejże nogi zapewne) dodawać notki, ba, nawet zmieniać czcionki i formaty i kolorki i takie tam... Bułka z masłem po prostu. Co za uroczy serwis.

A dziś w ramach systematycznego dążenia do poprawy nastroju poudzielałam się na serwisie branżowym, przygotowałam sobie bardzo dziwne ciasto drożdżowe z dodatkiem ziemniaków, z którego, jak głosi Google, powstaną pyszne bułeczki na jutrzejsze śniadanie, i posprzątałam w kuchni.  Przy tej ostatniej czynności zagapiłam się na parapet, medytując, jakie to dziwne: rok temu (no, trochę ponad), istnienie tegoż parapetu było zupełnie nieoczywiste - był to potencjalny jedynie parapet, mógł się okazać drewniany, kamienny, wyłożony płytkami... Kiedy pomyślę, ile czasu spędziliśmy na rozważaniach,w wyniku których zmaterializowała się wreszcie rzeczywistość naszego DOMU, nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie: czy było warto? czy efekt spełnił nasze oczekiwania?  Mam do tego projektu "Dom" stosunek kompletnie subiektywny: Potrafię jedynie (a przypuszczam, że mój mąż też) powiedzieć, że dobrze się tu czuję.  Nie umiem natomiast, hmmm, patrzeć na ten dom "z boku" i widzieć go. Po tych wszystkich miesiącach, wypełnionych wytężoną pracą koncepcyjną, pełnych strachu przed jakże ważkim debiutem, umiem jedynie poruszać się po nim intuicyjnie.  Dotarło do mnie poniewczasie, że prawdziwy dom nie jest utopią ani fotografią z magazynu o wnętrzach, tylko miejscem, w którym się mieszka, czasami się bałagani, czasami ma się dziurę w skarpetce, a czasem rozboli nas brzuch. Ciekawe - niby od początku to  wiedziałam, ale udało mi się wyidealizować pomysł posiadania domu tak dalece, że kiedy już zaistniał naprawdę, straciłam go z oczu.  Jest jak ubranie, tak wygodne i leżące tak doskonale, że czujemy się w nim dobrze, nawet o tym nie myśląc. Jest nasz i już.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz