... po drugiej stronie biurka. Znaczy, vis a vis Siedzącego Naprzeciwko. Gwoli precyzji, właściwie siedzę przy drugim biurku, bo biurka są dwa, czule zetknięte czółkami. Siedzę, puszczam sobie rozmaite Kasie Groniec i Elliottów Smithów i inne sympatyczne muzyczki, udaję, że szalenie mnie absorbuje wyszukiwanie i słuchanie tych różnych muzyczek, udaję, że podczytuję coś mądrego, udaję, że bardzo jestem wielce i poważnie zajęta. W rzeczywistości natomiast łypię od czasu do czasu nienawistnie na Siedzącego Naprzeciwko. Nie da się ukryć, zazdroszczę mu zaangażowania, z jakim produkuje po 50 postów dziennie (jak można tak szybko pisać dwoma palcami? nie potrafię pojąć) na rozmaitych forach tematycznych, zapału, z jakim błyszczy wiedzą, odzewu, z jakim się spotyka (bez względu na jego - tego odzewu - zabarwienie emocjonalne: Siedzący Naprzeciwko lubi również wsadzać kij w mrowisko i prowokować odzew pełen świętego oburzenia, sprzeciw i gorące protesty). Zazdroszczę mu, po prostu, tego, że się świetnie bawi.
Ja tymczasem nie bawię się świetnie, co jest zapewne efektem bezpłciowej, acz paraliżującej zimy, przemęczenia, a kto wie, może i wypalenia w pracy, monotonii? Cholera raczy wiedzieć. Wpadłam w każdym razie na pomysł, że sobie popiszę tutaj. Może mi to humor poprawi? Może ze sobą dojdę do ładu. Może dojdę, dlaczego się czuję tak irracjonalnie nieszczęśliwa, zniechęcona, przemęczona, niezadowolona z siebie i wszystkiego dookoła też. Nawet moje ukochane koty są irytujące i za tłuste.
Muszę pilnie coś zrobić z całą tą frustracyjką moją małą, z tym niezadowolonkiem mikroskopijnym i nieuzasadnionym - w przeciwnym razie stanę się żywym dowodem na to, że na tym łez padole kompletnie nie warto się starać.... I nie ma gorszego przekleństwa, niż spełnienie marzeń. Bo oto mieszkam sobie w wymarzonym domku (hm, właściwie to domu nawet), z wymarzonym facetem, w pięknych okolicznościach przyrody.... No dobrze, nie posiadamy wymarzonych dzieci, no ale, po pierwsze, w życiu nie można mieć wszystkiego, a po drugie - brak wymarzonych dzieci oznacza, mimo wszystko, możliwość realizowania się w wymarzonej pracy, uskuteczniania wszelakich wymarzonych podróży - no, co ja poradzę, taki układ ma swoje plusy. Więc czego, do diabła, chce moje rozkapryszone jestestwo?
A, wiem, pewnie papierosa. Bo oto rzuciłam fajki po raz mniej więcej dziesiąty trzy dni temu, i organizm łka bezsilnie z braku nikotyny. Więc może to tylko tęsknota za papieroskiem kochanym?
Ech. Idę się wykąpać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz