czwartek, 9 kwietnia 2015

Z listów do A. - część 13

20 listopada 2014
No to ja też na szybko... uch, powinnam się  kłaść już powoli, bo jutro mam pierwszych "poważnych" gości (poważnych, to znaczy, że, po pierwsze, będziemy ich podejmować całkiem sami we dwójkę bez żadnego wsparcia... do tej pory bywała u nas przy takich okazjach moja Mama i nie ukrywam, że robiło mi to szaloną różnicę! - po drugie, goście zostają na noc, po trzecie - przyjeżdżają z brzdącem 2,5 letnim, któremu trzeba będzie bez wątpienia non stop patrzeć na łapki, żeby któremuś z moich nie zechciał zrobić jakiejś krzywdy... więc módl się za mnie jutro albo przynajmniej pomyśl ciepło! :)) 

Moja droga, nawet jeśli to pieśń przyszłości - to jeśli tylko będziesz miała możliwość wyboru, nie kupuj 2 w 1!! Tylko zainwestuj w suszarkę oddzielnie. Ja mam porównanie, bo kiedy córka P. była jeszcze mała, a my mieszkaliśmy w czymś w rodzaju domku letniskowego na wsi, przerobionego z wiejskiej chałupki, z piecami kaflowymi i bez ani jednego normalnego grzejnika/ kaloryfera, wpadłam na pomysł, że kupię takie cudo, żeby dziecku móc na bieżąco prać i suszyć ubranka, kombinezony, spodnie itd., kiedy jest u nas i pójdziemy na przykład na wyprawę do lasu i się zabrudzi albo zamoczy.  Nie wiem, jaką ma Twoja siostra - ja mam takie 2 w 1 firmy LG, no i powiem Ci, że u mnie to się totalnie nie sprawdziło :( Ani ta pralka z butów nie wyrywa (dość szybko popsuły jej się niektóre funkcje), ani ta suszarka wydajna nawet nie jest.  Pralkę mam do dziś, mimo jej mankamentów, ale tej suszarki, co w niej jest, właściwie nigdy nie używałam - chyba, że w sytuacjach zupełnie awaryjnych, prądu to żre dużo, suszy kiepsko, pojemność ma niewielką... do niczego taki interes :( Jeśli tylko będziesz mogła, rety, nie wiem, odkładaj po 50 zł na miesiąc i zainwestuj koniec końców w samą suszarkę, jak już będziesz miała na nią miejsce? Weź pod uwagę jeszcze to, że one są teraz energooszczędne, a naprawdę masy rzeczy dzięki suszarce nie prasujesz, więc obstawiałabym,  że dzięki temu się oszczędza prąd. Nie wiem, jaką masz taryfę - u nas jest weekendowa, czyli tani prąd od 22.00 do 6.00 i przez dwie godziny w ciągu dnia (13.00 - 15.00 lub 15.00 - 17.00 w zależności od pory roku) oraz całe soboty i niedziele; "tani" oznacza naprawdę BARDZO tani (ale to pewnie zależy od tego, co oferuje Twój operator). Ja urządzam więc wielkie pranio-suszenia w weekendy (pralka i suszarka chodzą wtedy praktycznie na okrągło), a w tygodniu staram się wrzucić pranie np. wieczorem o 22.00, a potem przerzucam do suszarki następnego dnia w ciągu tych tanich dwóch godzin... i koszt zużycia prądu na operację pt. "pranie, suszenie, prasowanie" ograniczam tym samym do naprawdę absolutnego minimum. 

Z całej siły trzymam kciuki za poduszkę, żeby się sprawdziła! Jakby co, kombinuj z ustawieniami - moi, mam wrażenie, do pewnego momentu nie lubili także, kiedy poduszka była za ciepła - teraz, jak są starsi, wydaje mi się, że przestało im to chyba przeszkadzać, ale dawniej denerwowali się okropnie oboje, jak ich poduszka zbyt energicznie grzała po pleckach :) Więc na to też zwróć uwagę :) 

Kochana, obiady.... ja też ich nie gotuję właściwie. U mnie akurat wygląda to tak, że P. się non stop odchudza (kiedyś był, powiedzmy to sobie wprost, gruby, potem schudł 25 kilo - ja równolegle do niego 15, bo się razem odchudzaliśmy - no i teraz trzyma wagę raczej stabilnie, ale musi się pilnować i ograniczać z jedzeniem!), ja po ciąży znowu też, więc gotujemy głównie, kiedy przyjeżdża M., no bo dziecku obiad trzeba jednak dać. Ja też mam takie poczucie, że powinnam usystematyzować nasze odżywianie, głównie dlatego, że jak dzieci podrosną i zaczną jeść wszystko to, co my, to powinny być od razu przyzwyczajane do racjonalnego jadłospisu... ale póki co snuję sobie tylko takie teorie, na praktykę też nie mam czasu. Mam wrażenie, że dzieci im starsze, tym są bardziej absorbujące, naprawdę.... 

A w ogóle zdaje mi się, że u mnie jest niemal identycznie tak samo, jak u Ciebie. Pychu najchętniej gromadziłby wokół siebie cały dwór - dzisiaj siedziałyśmy nad jego matą edukacyjną we trzy - ja, moja mama oraz niania, i dziecko bawiło się idealnie grzecznie, cichutko i spokojnie, rozdając uśmiechy! A gdybyśmy spróbowały sobie pójść na chwilę, po dwóch minutach byłby ryk!  Malutka jest dużo spokojniejsza, wyluzowana, dużo więcej śpi, jest bardzo pogodna i kontaktowa, a przy tym rozwija się ładnie - Pyś robi wokół siebie MNÓSTWO szumu, jest bardzo żywy i absorbujący i przez to na pierwszy rzut oka robi wrażenie takiego strasznie "hop do przodu" bystrzaka - a w rzeczywistości to Malutka pierwsza zaczęła się przewracać na brzuszek, próbuje siadać itd. W dodatku Pyś zrobił się potwornie ruchliwy - przy czym nie chodzi mi tu o rozwój ruchowy, tylko o ruchliwość jako taką - pręży się, wygina, wykonuje mnóstwo gestów nie tylko niepotrzebnych, ale też kompletnie dla mnie nieprzewidywalnych, coraz częściej boję się, że mi skądś spadnie, wyrwie się, poleci.... dlatego też z karmieniem piersią za chwilę będę miała duuuży problem, bo przy takim rozbisurmanionym stworzeniu, jak Pyś, wspólne z siostrą przebywanie na poduszce do karmienia staje się powoli zbyt niebezpieczne i po prostu zbyt trudne - dzieci przeszkadzają sobie nawzajem z dnia na dzień coraz bardziej! Jak ja wytrzymam jeszcze ponad 7 miesięcy tego cyrku na kółkach, jakim jest karmienie ich piersią, to naprawdę nie mam chwilowo pojęcia.... :) 

No tak, tak. Ja też karmię oboje kaszką z butelki dokładnie z tego samego powodu, co Ty - gdybym miała karmić ich łyżeczkami, to po pierwsze musiałabym naprawdę chyba nie mieć NIC innego do roboty, a po drugie - oszalałabym od tego wrzasku, bo moi, karmieni łyżeczkami równolegle, OBOJE uważają, że robię to zbyt wolno! :) Co do odliczania 2 miesięcy - zapytałam właśnie mojego P., co on o tym myśli (jak może pamiętasz, on jest lekarzem rodzinnym, naprawdę najlepszym, jakiego znam, wiem, jestem nieobiektywna, ale on jest naprawdę w porządku!). No i on twierdzi, że na tym etapie jeszcze by na Twoim miejscu odliczał. A w ogóle, to ja mlekiem modyfikowanym też dokarmiam, bo swojego by mi nie wystarczyło na tę moją żertą jak nie wiem co dwójkę... u mnie teraz wygląda to tak, że z samego rana karmię piersią, potem o dziesiątej - jedenastej bachorki dostają kaszkę z dodatkiem ewentualnie banana (zwłaszcza Pyś, bo jego kaszka jest niestety na wodzie), potem znowu piersią około 13.00 - 14.00, później jeszcze raz tak piąta - szósta po południu, ale już z dolewką modyfikowanego, potem jakieś warzywko - marchewka, ostatnio ziemniak, testowaliśmy też buraczki, ale nikt nie padł z zachwytu; potem, wieczorem o ósmej, jeszcze raz pierś plus dolewka modyfikowanego.  

Glutenu na razie nie dajemy - Malutka spożywa kaszkę zwykłą ryżową (kupiłam taką "bez dodatku cukru", ale P. porównał zawartość cukrów wszelakich w tej oraz w kupionej wcześniej "oficjalnie" dosładzanej i stwierdził, że nie ma różnicy!), waniliową albo bananową, a Pychu dostaje tzw. "bezmleczną bezglutenową", bodajże Minima się to nazywa. Przypuszczam, że mogłabyś spokojnie spróbować karmić tym F.?   Marchewkę Pyś jest uprzejmy spożywać łyżeczką, bo tak mu najbardziej smakuje, a Malutka dostaje w butli, ale ona ogólnie warzywa zaledwie łaskawie toleruje. Pyś lubi te tam marchewki i ziemniaczki dużo bardziej. Wszystko miksuję blenderem, kleików nie dodaję (chociaż pomysł wydaje mi się niegłupi, czytałam o tym w jakichś przepisach na dania dla niemowląt). Ogólnie powiem Ci tak: czekam cierpliwie, aż Małe będą gotowe na jedzenie stałych pokarmów... a jak będą, mam zamiar założyć im przeciwpancerne śliniaczki, obłożyć kuchnię i siebie gazetami i heja - niech sobie grzebią paluchami w talerzach i wyjadają, co zechcą, byle szybko nauczyli się pożywiać sami!  Czytałam, że dziecko jest gotowe na jedzenie stałych pokarmów wtedy, kiedy.... po raz pierwszy je sobie samo bierze i zjada. Wbrew pozorom następuje to podobno zanim urosną zęby, dziecko jest w stanie rozdrobnić pokarm dziąsłami, zjeść i nie udławić się... więc planuję co jakiś czas (za jakiś czas oczywiście!) podtykać im pod nos kawałki różnych potraw i patrzeć, co będzie... A jak zaczną jeść sami, to życie stanie się łatwiejsze...:) Mam nadzieję :) 

Uch, mogłabym tak siedzieć i napawać się ciszą jeszcze przez wiele godzin, ale muszę iść spać, bo jutro od rana przygotowania do wizyty gości trzeba będzie rozpocząć.... Trzymaj się ciepło i daj znać, jak poduszka przyjdzie, czy się sprawdziła!

24 grudnia 2014

Kochani! Bardzo, bardzo dziękuję w imieniu Pysia i Malutkiej za piękną, puszystą niespodziankę :) Misięta już czekają, żeby jutro zasiąść godnie pod choinką (na razie biedactwa nie mają gdzie, bo choinka jeszcze nie obsadzona!) :) Przecudne są :) Naprawdę bardzo Wam serdecznie dziękujemy :) Z okazji Świąt życzymy Wam przede wszystkim ZDROWIA, zdrowia, bardzo dużo zdrowia! Uśmiechu i radości na co dzień. Dużo miłości!  Niech Was szerokim, wielkim łukiem omija wszystko to, co złe, niech Wam się przydarza wyłącznie to, dobre!

Pozdrawiamy Was bardzo serdecznie! 

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Z listów do A. - część 12

11 listopada 2014

Dobrze, że napisałaś, bo ja dzisiaj remanent w ciuchach robiłam właśnie  - mam szczerą nadzieję, że uda mi się jeszcze przed końcem tygodnia  zmontować jakąś paczkę dla Was. W wolnej chwili daj mi jeszcze tylko  znać, jak Twoje dzieci ustosunkowują się do śpiworków, takich do spania  na noc? Moje ich nienawidzą szczerze i okrutnie i w związku z tym mam na  zbyciu. 

A co do wózka - kurczę, faktycznie jakoś ciasno się robi :/ na zimę  chyba trzeba będzie wyciągnąć spacerówki, zresztą, nie wiem, jak Twoi -  ale u nas też gondolki są coraz mniej cenione przez pasażerów, bo słabo  z nich widać. Kiedyś moje dzieci na spacerach zasypiały martwym bykiem,  teraz nie dość, że łypią, to jeszcze zdarza im się protestować, że budka  podniesiona i nudy dookoła.... więc podejrzewam, ze jak się  przesiądziemy do spacerówek, to może ten problem się rozwiąże - tylko  pewnie jakieś śpiworki wózkowe solidniejsze trzeba będzie znaleźć na  zimę do spacerówek.... Jeśli Ty masz Freestyle, ten sam model co ja, to  masz też spacerówki do niego, dobrze zgaduję? 

Ech, życzę z całego serca F., żeby przeszedł czym prędzej do  frakcji tłustawych! Jeśli tylko to będzie znaczyło, że ze zdrowiem  wychodzi na prostą... Słuchaj, a czy Ty jesteś w ogóle z małymi całkiem  sama, bez żadnej pomocy na co dzień?? Nie wyobrażam sobie w takim razie,  jak właściwie sobie radzisz, słowo daję, jesteś chyba najdzielniejszą  istotą, jaką znam! 

Co do nerwowości - u nas Pyś był nerwowy bardzo,  kiedy był malutki, teraz też do spokojnych nie należy, ale mam wrażenie,  że mu się trochę wyrównało.... Chyba pisałam Ci kiedyś, że ja w ramach  uspokajania go wymyśliłam masaże dla obojga. Wzięło się to stąd, że od  małego kąpiemy dzieci nie codziennie, tylko co drugi dzień, no i te  masaże to miały być tak na relaks, zamiast kąpieli w te dni, kiedy  ablucji wieczornych nie było. Miałam nadzieję, że dzięki temu będą  lepiej spać. Wydaje mi się, że pomogło, i że między innymi dzięki temu  Pychu trochę się wyluzował... Oczywiście, głowy nie dam, może to  przypadek albo tylko moje myślenie życzeniowe albo co... Pewnie myślisz  sobie, że oszalałam, namawiam Cię jeszcze na masaże, a Ty pewno nie masz  kiedy usiąść na chwilę... ale tak naprawdę, to w sumie można sobie  samodzielnie zadecydować, kiedy robić a kiedy nie (ja w tej chwili już  nie masuję ich co drugi dzień, bo nie mam na to czasu ani siły, ale raz  na parę dni się staram), no i ile taki masaż ma trwać (jeśli jestem  mocno zajęta albo zmęczona, to ograniczam się nawet do 10-15 minut na  dziecko, lepsze to, niż nic!). Włączam relaksującą muzyczkę,  zapalam kominek taki z olejkiem eterycznym relaksującym, do masowania  używam olejku brzoskwiniowego (albo kokosowego, albo w ogóle zwykłej  oliwki dla dzieci). Kiedyś cudowałam i podgrzewałam olejek w buteleczce  w podgrzewaczu do dzieciowych butelek, ale od dość dawna mam to w nosie  - wystarczy mocno rozetrzeć w dłoniach, żeby zyskał odpowiednią  temperaturę! Ponieważ u nas nie jest jakoś bardzo ciepło, rozbieram małe  do masażu i układam na poduszce elektrycznej, włączonej na 1-2 kreski i  przykrytej pieluszką. Teraz już nie widzę takiej różnicy, ale jak  zaczynałam, dałabym sobie rękę uciąć, że po takim masażu Pyś spał dużo  spokojniej. No więc chyba mogę powiedzieć, że u nas ta metoda raczej się  sprawdziła... 

No cóż, idę powoli spać, bo faktycznie przydałoby się trochę  zregenerować... moje dzieci co prawda chodzą spać prześlicznie o  dziewiątej i śpią twardo zwykle tak do pierwszej - drugiej w nocy (potem  bywa różnie), ale pechowo ja akurat nie mogę spać od tej dziewiątej do  drugiej z nimi, bo muszę ściągać pokarm około północy - bałabym się tego  nie robić, żeby nie stracić laktacji... bo, niestety, Pyś ma alergię,  no i stwierdziłam, że spróbuję karmić piersią oboje do roku...  zobaczymy, czy to się uda, ale próbować będę, bo P. twierdzi, że  ścisła dieta wyprowadza ponad 90% dzieci z alergii w ciągu pierwszego  roku życia. Oczywiście, dodatkowo jestem też na diecie ja - nie jem  produktów mlecznych tudzież innych mocno uczulających (czyli ograniczam  jajka, nie jem czekolady itd.). Prawdę mówiąc, na razie nie potrafię  sobie wyobrazić, jakie cudowne życie będę miała, jak to karmienie  piersią się skończy.... a tymczasem żegnam się powoli z jednoczesnym  karmieniem mojej dwójeczki, bo dwójeczka robi się coraz większa, nie  mieści się na poduszce do karmienia i w dodatku przeszkadza sobie  nawzajem w trakcie jedzenia coraz wybitniej...Więc już za chwilę będę  musiała karmić ich po kolei, co niewątpliwie zajmie dwa razy więcej  czasu, wolę na razie nie myśleć, jak to będzie wyglądało!.... 

Rozpisałam się okropnie - ech, idę ściągać i spać, trzymaj się! Aż mi  głupio nalegać, żebyś pisała, bo nie masz pewnie wolnej chwili dla  siebie... ale jak będziesz mogła, to od czasu do czasu dawaj sygnał, co  u Was, bo - nie ukrywam - ja się tu będę niepokoić cokolwiek.... Trzymaj się dzielnie jak dotąd! No i nadal Ci życzę, żeby ten spokój Cię  nie opuszczał, mimo wszystko, a dzieciom żeby się udzielał!

13 listopada 2014

A., ja na bardzo szybciutko, bo robota w pięty mnie gryzie (zlecenie mam na dzisiaj, a niania ma wolne, moja Mama siedzi dziś z Małymi w związku z tym, więc się muszę streścić... aczkolwiek zdarzało mi się już pracować i kończyć zlecenie, kiedy byłam z nimi sama, zastanawiam się teraz, jak to zrobiłam, widocznie w stresie człowiek może wszystko!).  Powiem tak: Kochana, zrób co tylko zdołasz, żeby zaopatrzyć się w, uwaga uwaga, niestety, mega wydatek, ale będziesz go błogosławić: SUSZARKĘ DO UBRAŃ. Ja wyczytałam jeszcze przed porodem na forum bliźniąt, że matki wynoszą to urządzenie pod niebiosa, twierdzą, że jest - przy kilkorgu dzieciach w domu - drugim najważniejszym urządzeniem po zmywarce, i ja się w 200 % z nimi zgadzam. Ciuchy wyprane strzepujesz, wrzucasz do suszarki, po wyjęciu składasz jeszcze ciepłe.... oprócz koszul męskich NIC wyjętego ze zmywarki nie wymaga prasowania!!!!  Odpada Ci poza tym wieszanie i ściąganie po wysuszeniu, to naprawdę ułatwia życie! Jeśli tylko możesz, to spraw sobie taką suszarkę. Jeśli się nie da inaczej, to weźcie na raty! Naprawdę warto w Twojej sytuacji.  Ja kiedyś myślałam, że suszarka wymaga podłączenia do systemu wentylacji i zrezygnowałam z niej, bo u nas nie było takiej możliwości - ale potem wyczytałam, że już nie wymaga, suszarka ma własny system kondensacji i co kilka suszeń po prostu wylewa się wodę ze specjalnego pojemnika, a sama suszarka może sobie stać zupełnie gdziekolwiek! Co więcej - jest tak lekka, że (jeśli masz taką możliwość oczywiście) można też na specjalnych wysięgnikach zamontować ją nad pralką! 

Mój P. miał w pewnym momencie taki pomysł, że mi zrobi jakiś prezent z okazji urodzenia bliźniąt, coś przebąkiwał o złotej biżuterii (he he, zamiast tego w końcu niechcący zgubił moją obrączkę i pierścionek zaręczynowy, kiedy byłam w szpitalu, wcześniej je odłożyłam i nie nosiłam bo mi palce spuchły, no i nie znalazły się!), a ja twardo upierałam się, że nic nie chcę, tylko suszarkę. No i się ugiął w końcu, a ja do tej pory uważam, że to była najmądrzejsza rzecz, jaką mogliśmy kupić!  

A druga sprawa - mały wydatek, przy moich ułatwiający życie bardzo. Jak Ci pisałam, do masażu kładę moich małych na elektrycznej poduszce.  Wymyśliłam ten patent i jestem z siebie strasznie dumna, bo moje dzieci TEŻ nienawidzą, kiedy jest im zimno po kąpieli. Dlatego przed rozebraniem do kąpieli przygotowuję poduszkę, podgrzewam ją, rozścielam na wierzchu pieluszkę - i dziecko wytarte kładę od razu na nagrzaną poduszkę! Malutka zawsze po kąpieli darła się wniebogłosy, że jej zimno, Pyś też nie lubi zmiany temperatury - wyobraź sobie, że po przerzuceniu na poduszkę natychmiast cichną, nawet, jeśli przed chwilą się darli, bo podczas wycierania ręcznikiem odsłoniła się na chwilę (i marzła!) ręka albo noga... Przypuszczam, że F., jeśli dostaje spazmów, mogłabyś kłaść na tej poduszce także do rozbierania, potem przerzucać do wanienki, potem znowu z powrotem na poduszkę  - słowo Ci daję, na moich ta poduszka działa jak magiczna różdżka po prostu! A taką, jak moja, można na Allegro kupić za niecałe 40 zł - ja swoją zresztą kupiłam parę lat temu, bo też jestem zmarźluch, i pocieszałam się nią od czasu do czasu w wyjątkowo zimne wieczory, poducha przeszła u nas na pełen etat dopiero po urodzeniu dzieci, kiedy skończyło się lato!  

Z karmieniem piersią, to wiesz - po prostu uważam, że nie ma za bardzo wyjścia - widzę efekty, kiedy jesteśmy z Pychem na diecie (wysypka bardzo blednie, chociaż właściwie nigdy całkiem nie znika), a ja jestem alergik od zawsze i wiem, jaka to przyjemność, więc staję na uszach, żeby zapewnić Pysiowi jak najwyższe prawdopodobieństwo, że się tego upierdlistwa pozbędzie....  Chociaż prawdę mówiąc, wizja kolejnych 7-8 miesięcy z dziećmi przy cycku napawa mnie pewną grozą. Ale czas leci szybko!... Więc i to pewnie zleci!.... 

Podziwiam Cię ogromnie, że wyregulowałaś swoich, bo wiem, jak to ciężko.... u mnie także zasypiają około 21.00 - pociesz się, że kiedy F. nadrobi z wagą, przestanie się budzić w nocy na karmienia i wtedy dopiero to wyregulowanie zacznie Ci procentować możliwością przespania błogo całej nocy!... Fakt, że u mnie wieczory też są upiorne, ostatnia godzina przed ostatnim karmieniem to jest jakiś kosmos - zastanawiałam się nawet, czy nie próbować o tę godzinę wcześniej kłaść ich spać, ale to jakoś tajemniczo nie wychodzi, nie wiem, dlaczego...  

Gratulacje i pozdrowienia dla siostry! :) Tak sobie cichutko myślę, że jedno dziecko to chyba czysta rozkosz macierzyństwa :) Po pierwsze, możesz spać wtedy, kiedy to robi Twoje dziecko (nie ma drugiego, które w tym czasie by NIE spało, no nie?) - i nie masz nieustającego dylematu, do którego podejść, które wziąć na ręce, które najpierw przewinąć, itd., itd., znanego chyba wszystkim rodzicom, a zwłaszcza matkom bliźniąt.... :)  Poza tym, oczywiście, nieustająco podziwiam Cię,. że sobie radzisz z Małymi mimo choroby F. i jesteś dzielna, nie tracisz ducha, nie popadasz w czarną rozpacz i w ogóle, twarda z Ciebie babka - stałaś się dla mnie, prawdę mówiąc, czymś w rodzaju punktu odniesienia. Jak mi narzeka ktoś, kto ma zdrowe dzieci i właściwie żadnych większych problemów (poza takimi, że np. dzieci kataru dostały, albo pracy jest dużo, albo niania się stawia, czy coś), to sobie myślę o Tobie i o tej pogodzie ducha, która, moim zdaniem, mimo wszystko gdzieś tam przebija z Twoich maili i o tym, że w takiej sytuacji Ty NADAL potrafisz docenić, że masz dwójkę super dzieciaków.... chyba zrobię się mało tolerancyjna wobec narzekających na pierdoły...  

A co do zasypiania z F. - ja już nie raz przekonałam się, że lepiej słuchać własnego instynktu, niż upierać się na "książkowe" wychowywanie. U nas na przykład jest tak, że Pychu został fanem jedzenia łyżeczką. Ku naszemu śmiertelnemu zdumieniu, na widok łyżeczki otwiera szeroko buzię, po czym zjada zawartość, mlaszcząc smakowicie. Malutka natomiast od początku po kilku łyżeczkach czegokolwiek, każdy posiłek oblewa rzęsiście łzami. Początkowo błędnie to interpretowałam, że jej nie smakuje.... po czym okazało się, że każdy posiłek rozrzedzony i podany w butelce, zamiast łyżeczki, jest zjadany bez protestów (no dobra, marchewka również bez entuzjazmu, ale jednak!).  No więc stwierdziłam, że chrzanię to serdecznie, nie będę dziecka siłą przestawiać na łyżeczkę - teraz podobno są takie wytyczne, żeby w ogóle kaszkami i innymi maziami karmić TYLKO łyżeczką, a ja mam to w nosie. Niech sobie dziecko je, jak chce.... jakoś nie wierzę, że do dorosłości będzie WOLAŁA z butelki!....  :)  

No, to mi wyszło szybciutko i w ogóle zwięźle!!! Pozdrawiam Cię gorąco! Trzymajcie się,


czwartek, 2 kwietnia 2015

Z listów do A. - część 11

27 sierpnia 2014
O rety :( Jesteś moją bohaterką, słowo! Ja ostatnio też w kociokwiku, do  tego stopnia, że rzeczy do Was jeszcze nie wysłałam, P. je wozi w  samochodzie... zmobilizuję się najdalej jutro, przysięgam! Miałam teraz  ciąg wizyt rodzinnych, z jednej strony niby fajnie, bo wszyscy  oczywiście zabawiają dzieci, no, ale do czasu, a potem, kiedy je trzeba  położyć spać, dzieci są rozbudzone, rozbawione i ni cholery zasnąć nie  chcą :( no i roboty jednak przy gościach parę razy więcej, a nie  mniej... marzę o tym, żeby wreszcie mieć chociaż tydzień z dziećmi i z  P. tylko, na spokojnie, bez elementów rozpraszających, wprowadzić  im własne zwyczaje, jakieś ramy stworzyć albo co... na razie mam  uczucie, że tkwię w chaosie, niestety, i dopóki wszyscy dookoła nie  znikną z horyzontu, to tego nie ogarnę! Kurczę, nie mogę teraz długo  pisać, ale to Ci MUSZĘ napisać: P. pacjentka poleciła nam urządzonko,  które zwie się "KATAREK PLUS". Jest to odciągacz katarku dla maluchów  0+, który podłącza się - nie, NIE żartuję - do odkurzacza.  Przetestowałam. To działa! Dzieci wyją najwyżej pół sekundy, po  wyłączeniu odkurzacza są przyjemnie zdziwione, że nos wolny i łatwiej  oddychać. Ja też myślałam, że to dowcip, ale nie. Urządzenie jest na  Allegro za 49 zł (wersja lepsza, model PLUS, który można rozkładać do  mycia). Napiszę porządniej, jak tylko zdołam, na razie biegnę sprzątać po  gościach (dzisiaj wyjechali... w piątek wracają... uff) i oporządzać  dzieci, bo się obudziły! Uściski i buziaki dla Was!

19 września 2014

No, cześć! Co tam u Was???? Stuknij chociaż ze dwa słówka, żebym wiedziała, że wszystko w porządku.  U nas zanosi się na JEDNĄ WIELKĄ ZMIANĘ. Tfu, przez lewe ramię i w nieodmalowane drewno, żeby nie zapeszyć, ale wygląda na to, że .... chyba.... obym się nie myliła.... moje dzieci będą niebawem przesypiały noce. To, co jeszcze niedawno wydawało się absolutnie niemożliwe, teraz stało się całkiem realne. 

 A jak to się stało? Prawdę mówiąc, odwrotnie, niż bym się spodziewała!... Do pewnego momentu usiłowałam z dziećmi walczyć, a przesypianie nocy - wymusić. Dzieci tymczasem walczyły ze mną, nie akceptując narzucanego im odgórnie harmonogramu.  Wyglądało to tak: ja usiłowałam maksymalnie opóźnić ostatnie karmienie, żeby dzieci nie budziły się wcześniej, niż rano, a dzieci usiłowały zapaść w sen jak najwcześniej, żeby następnie obudzić się na karmienie między drugą a czwartą.... Apogeum osiągnęliśmy dokładnie tydzień temu. Ja się uparłam (po raz kolejny!) i wybudziłam ich na karmienie o pierwszej w nocy w nadziei, że dzięki temu pośpią do rana.... Bunt na pokładzie, jaki w ten sposób wywołałam, przerósł moje najśmielsze wyobrażenia. Przez resztę nocy budzili się jak w zegarku CO TRZY GODZINY, dzikim wrzaskiem wymuszając karmienie, a rano oboje byli przeżarci, nadęci i niezadowoleni z życia... od tamtej pory powiedziałam sobie "dość". Trudno, stwierdziłam, jeśli chcą spać od dziewiątej wieczorem do trzeciej w nocy, to ja się dostosuję, najwyżej będę spać w tym czasie razem z nimi, jakoś wytrzymam - kiedyś przecież zrezygnują z siedmiu karmień na dobę. Ku mojemu śmiertelnemu zdumieniu, kiedy odpuściłam, okazało się, że dzieci z własnej woli powolutku rezygnują z tego nieszczęsnego karmienia o trzeciej.... a przesypianie nocy do szóstej rano staje się już niemal regułą! 

A zatem - jeśli Twoi w nocy spać nie chcą, to nie trać ducha i wypróbuj moją metodę! Ja wcześniej kombinowałam różnie, przeciągałam właśnie to ostatnie karmienie, karmiłam ich wieczorami częściej - co 2 godziny - zgodnie z zaleceniami "Zaklinaczki dzieci", i zawsze przynosiło to skutki negatywne.  Okazało się, że najlepiej zaufać dzieciom i pozwolić im jeść tak, jak chcą.... Tego, zaiste, nie przewidziałam. A jeśli Twoi od razu nie zechcą zrezygnować (zakładam, że pewnie nadal w nocy jadają?) to się nie przejmuj - prędzej czy później powinni sami uznać, że mniejsza liczba karmień wystarczy. U moich to się zbiegło w czasie z nadrobieniem masy ciała - Pyś nadrobił szybciej i jest już większy od Malutkiej, chociaż  urodził się mniejszy, i szybciej zaczął przesypiać noce. Malutka, obecnie trochę od niego mniejsza i drobniejsza, broniła się dłużej. Tym niemniej - zdaje się, że po prostu przychodzi taki moment, kiedy dziecko przestaje potrzebować tych karmień co 3 godziny - a w przypadku wcześniaków, mam wrażenie, że to wtedy, kiedy już w miarę "nadrobią straty" do rówieśników. Tak przynajmniej było u nas... 

Aj, kończę na razie, bo muszę wracać do pracy - bo zaczęłam po troszku pracować, korzystając z uprzejmości dzieci w ustalaniu rytmu dobowego... o czym w następnym mailu. No, ale daj znać, choćby króciutko, czy u Was wszytko OK, bo dawno się nie odzywałaś... jak F.???? Zdrówka dla Was wszystkich, a dla niego przede wszystkim! Trzymajcie się cieplutko! 

środa, 1 kwietnia 2015

Z listów do A. - część 10

 
8 sierpnia 2014

Wreszcie sprężyłam się i odpowiadam!! :) Mam nadzieję, że u Was wszystko dobrze, chociaż przypuszczam, że masz w domu niezły kociokwik przy dwójeczce, no nie??? Teraz rozumiem Dobre Rady Krewnych i Znajomych Królika pt. "korzystaj z pomocy, kiedy tylko nadarza się okazja"....  Wiesz, ja sobie radzę sama tylko wtedy, kiedy muszę, a muszę - kiedy akurat moja Mama odpoczywa od nas ;) u siebie w domu (przyjeżdża nadal i przez czas dłuższy na pewno będzie przyjeżdżać jeszcze do nas na parę dni albo dłużej co 2 tygodnie, tak jesteśmy z Nią umówieni, żebyśmy mogli trochę odespać, póki maluchy budzą się co 3-4 h na karmienie, i od czasu do czasu też pojechać gdzieś razem i załatwić swoje sprawy). Z reguły jestem z dziećmi sama nie dłużej niż, powiedzmy, do maksymalnie 7-8 godzin łącznie w ciągu dnia, kiedy mój mąż jest w pracy, albo na wizytach domowych, albo w sklepie, albo idzie popływać w pobliskim zalewie, żeby nie zwariować :)  Fakt, że jest to trochę męczące, ale da się wytrzymać. Co prawda moje dzieci w ciągu dnia sypiają coraz mniej (ale to mnie w sumie cieszy, bo do pewnego momentu Malutka spała naprawdę BARDZO dużo i miałam takie wrażenie, że ona przesypia ten czas, kiedy Pyś się rozwija! :) A teraz to się jakoś wyrównało w miarę, uff), ale za to powolutku wydłużają im się przerwy nocne między karmieniami - dobijamy do 4-5 godzin i mam ogromną nadzieję, że za czas jakiś w ogóle przestaną się budzić w środku nocy.... No, ale - cierpliwości.

Jak dla mnie, to Ty jesteś bohaterką,  że ogarniasz teraz dwójkę, w tym F. ze stomią, w dodatku oboje karmionych butelkami... Szczerze powiedziawszy, mnie jest łatwiej karmić piersią, niż butelką, bo piersią mogę zatkać oba moje pyszczki naraz. Mam bajerancką poduchę do karmienia i jak ich przystawiam razem, to jestem w stanie nawet czasami książkę chwilę poczytać (!!!)  - no, nie zawsze, bo czasami jedno jest wkurzone, albo dwoje, łapią pierś i wypuszczają, i awanturują się przy tym okropnie (no, Malutka dużo mniej, bo ona jest niespotykanie spokojną osobą, ale Pyś nadrabia za to za oboje). A  z butelkami to sama wiesz, jak jest - trzeba przygotować mleczko, z reguły ja się z tym spóźniam, więc towarzyszy mi akompaniament drących się z głodu Paszczaków, potem karmić razem za bardzo też się nie da, bo mlekiem z butelki - moi przynajmniej - bardziej się zachłystują i częściej ich trzeba odbijać, i czasami jak próbuję ich butelkami karmić jednocześnie, kiedy krzyczą, że są okropnie głodni, żałuję, że nie mam ośmiu rąk... no i sterylizowanie tych butelek itd. itp.  Mnie się czasami udaje nakarmić TYLKO z piersi i wtedy mam w ogóle - relatywnie - święty spokój.  Fakt, że trwa to potwornie długo, bo przy piersi dzieci najchętniej zasypiają, no ale przynajmniej nie muszę się obtykać z butelkami...

O rany, znowu któreś wyje, co prawda P., M. i moja Mama są na miejscu, ale zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że i ja się powinnam dziećmi zainteresować, więc lecę póki co, a jak będę miała chwilę, postaram się pisać dalej... Mam nadzieję, że F. udało Wam się już odchuchać, a jak H.? Czy Wasze dzieci widzą się nawzajem (skoro łapali się za ręce przez sen)? Moi nadal się dość konsekwentnie ignorują (Malutka czasami przygląda się Pysiowi badawczo w czasie wspólnego karmienia piersią, jakby się zastanawiała, co to za jeden, ten przy drugim cycku :)) No tak, coś sklamrzy, obstawiam Pysia, który ma kolejny napad wilczego apetytu i jak zwykle nie chce spać! Trzymajcie się cieplutko i dzielnie! PS Napisz mi, jakie wymiary mają w tej chwili Twoje dzieci i jakie noszą rozmiary? Bo moi wyrastają z ciuchów w takim tempie, że już pewnie moglibyśmy odstąpić Wam kolejną porcję!

20 sierpnia 2014

Och, jak ja Cię rozumiem! .... Moja Mama wyjechała w niedzielę wieczorem i od tego czasu usiłujemy znowu ogarnąć rzeczywistość we czwórkę... co oznacza "we trójkę" w godzinach, kiedy P. jest w pracy. Desperackie wysiłki, żeby wyeliminować małym jeden posiłek w ciągu nocy, spełzają jak dotąd na niczym. Każda noc jest inna, ale jedzenia domagają się konsekwentnie ;) co trzy godziny albo niewiele rzadziej. Wczoraj nakarmiliśmy "pod korek" o północy, położyliśmy się spać, zmrole obudziły się z wrzaskiem już przed trzecią.... udałam głupią- błyskawicznie przewinęłam, najpierw jedno, potem drugie, zatkałam paszczęki smoczkami, owinęłam kocykami i udałam się do własnego łóżka. Nie byli zachwyceni, złorzeczyli sobie po cichu każde w swoim łóżeczku - ale przetrzymałam ich w ten sposób do w pół do piątej, co uważałabym za pewien sukces, gdyby nie świadomość, że dzisiaj oto mamy nowy dzień i kto wie, co on (a także noc, która po nim nastąpi) przyniesie....

Ogólnie u nas też jest tak, że Księżniczka Malutencja w porównaniu z bratem jest istotą cichą i bezwonną (no, z tym ostatnim różnie bywa!), ale ... ALE!... niech tylko Pychu wpadnie w dobry humor, leży sobie i gaworzy – Malutka natychmiast uznaje, że czas przejąć pałeczkę, i zaczyna wyć :) Nie wiem, jakim cudem się dogadują, ale mam wrażenie, że ustalili to już w życiu płodowym :) System działa niezawodnie :)  

W dodatku ostatnio w domu wszytko nam się sypie -w ciągu jednego tygodnia wysiadł (wbudowany w szafkę, niestety) ekspres do kawy i mikrofalówka (tu padła na nas groza, bo sterylizator mamy do mikrofali, P. czym prędzej przyniósł zastępczą z pracy),odpadła mi szuflada od zamrażarki, wczoraj zlew kuchenny zatkał się na maksa, a przy próbach przetykania kwas wyżarł plamy na blacie kuchennym, no - po prostu kosmos. Dodatkowo popsuła się nawigacja GPS, która jest na gwarancji, jak przeczytałam procedurę odesłania do serwisu, to mi ręce i majtki opadły, procedura ma 12 punktów i nie wiem, czy zdążę ją zrealizować przed wygaśnięciem gwarancji :) Ale w pierwszej wolnej chwili uporządkuję ciuchy i wyślę do Was!

U nas, niestety, też występuje problem dwóch różnych mieszanek. Jako, że Pysia nam wysypało dość mocno na policzkach, P. zarządził, że przechodzimy na BP, no i zobaczymy, co dalej... więc teraz, kiedy dostają mieszankę, to każde swoją. Sama wiesz, jakie to uciążliwe... w dodatku trzeba się pilnować, żeby nie pomylić butelek! Mam nadzieję, że BP wystarczy, i nie będziemy musieli przechodzić na N., który podobno jest dość paskudny w smaku. Co prawda Pychu, żerte dziecko, prawdopodobnie pochłonie wszystko bezkrytycznie, ale nigdy nie wiadomo, wolałabym nie musieć próbować....

Tymczasem przystąpiłam do kolejnego eksperymentu na dzieciach. Ponieważ Pyś jest mocno, moim zdaniem, nadpobudliwy i nerwowy, trudno go wyciszyć, miewa kłopoty z zaśnięciem i trzeba uważać, żeby go w ciągu dnia nie przestymulować - postanowiłam spróbować masażu. Nabyłam książkę pod dumnym tytułem "Masaż niemowlęcia", no i od dzisiaj próbuję. Książka trochę nawiedzona, wywodzi się chyba z Indii i coś tam jest o jakichś ajurwedach, ale postanowiłam to zignorować. Moje dzieci miewają bóle zbliżone do kolki - wczoraj masowałam brzuszek podczas takich boleści zgodnie z zaleceniami z książki, i mam wrażenie, że kolka ustąpiła dzięki temu szybciej niż zwykle... Zachęcona tym wynikiem, postanowiłam masować dzieci codziennie rano i co drugi dzień - wieczorem (bo my co drugi dzień kąpiemy). Jeden masaż zajmuje około 10 do 15 minut. Liczę na to, ze Pyś będzie dzięki temu bardziej wyluzowany i zadowolony z życia, a Malutka – że będzie miała ze mną codziennie taki fajny kontakt "sam na sam" (cały czas mi się wydaje, że Pysiowi siłą rzeczy poświęcamy więcej uwagi!). W książce jest coś o rozmaitych olejkach eterycznych, ale postanowiłam używać wyłącznie oliwki Johnson &Johnson, żeby nie zwiększać prawdopodobieństwa alergii. Przelałam trochę do małej buteleczki, którą podgrzewam w dzieciowym podgrzewaczu do butelek, tak, żeby oliwka była ciepła, i masuję. Jest to fajne. Jeśli uda Ci się znaleźć na to te 20 minut dziennie, to moim zdaniem chyba warto, dzieciom się podoba. Po porannym karmieniu odłożyłam ich do łóżeczek, sama się ubrałam, zjadłam śniadanie, a potem przewinęłam, wymasowałam, przebrałam w ciuszki na dzień, zawinęłam w kocyki, otworzyłam im okno, żeby pooddychali świeżym powietrzem, i teraz tak się relaksują, że pora karmienia już nadeszła, a u dzieci cicho - chyba sama pójdę ich obudzić zaraz na jedzenie... jestem w lekkim szoku! Nie spodziewałam się, że tak się po masażu wyluzują, że uda mi się takiego porządnego maila do Ciebie napisać! W takim razie lecę karmić, a Ty trzymaj się cieplutko! W tym tygodniu będziemy jechali do miasta - przygotuję ubranka do wysłania! 

poniedziałek, 30 marca 2015

Z listów do A. - część 9

20 lipca 2014

Cześć! Zostaliśmy sami z bliźniakami, moja Mama wyjechała w środę do domu, no i dzieci tak nam się rozbrykały, że nawet nie miałam kiedy napisać.... A od jutra będzie jeszcze weselej, bo mój Mąż wraca do pracy, no i na jakąś część dnia zostanę z dziećmi całkiem sama... Ufff. Póki co uzgodniliśmy, że podzielimy się nocnymi karmieniami, P. będzie karmił o dwunastej - pierwszej w nocy, a ja o trzeciej - czwartej rano, w ten sposób - zakładając, że uda mi się zasnąć o dziesiątej wieczorem - każde z nas powinno pi razy oko się wyspać.  Wczoraj mieliśmy wyjątkowo hardcorową noc, bo Malutka postanowiła o czwartej rano wstać - przez cały poprzedni dzień spała słodko, więc pobudka o czwartej najwyraźniej jawiła jej się jako doskonały pomysł. Nam mniej, ja zasnęłam między drugą a trzecią, wstałam do dzieci o czwartej, walczyłam z małą do siódmej rano, a potem P. ją przejął i zmagał się z nią do dziesiątej. Dzisiaj w nocy próbowała uskutecznić ten sam numer, ale odłożyłam ją do łóżeczka - upewniwszy się wcześniej skrupulatnie, że nic jej nie dolega, że ma sucho, nie jest głodna i brzuszek nie boli - popłakała chwilę i chyba w końcu zasnęłyśmy równocześnie, bo obudził mnie jej płacz po siódmej, a kiedy do niej poszłam, nie wyglądała na dziecko, które płacze od trzech godzin, tylko na takie, które dopiero co się obudziło :) Dzisiaj znowu dużo śpi i chyba zaraz spróbuję ją trochę zaktywizować, żeby wybić jej z głowy dalsze nocne występy :)

Pyś natomiast od kilku dni męczy się - a my razem z nim - z bolesnym odparzeniem pupy, które mimo cudownych maści i smarowideł jakoś nie znika, a raczej pogłębia się (właśnie pogłębia, a nie powiększa, już nawet krwawiło raz...) Próbuję w ciągu dnia jak najwięcej wietrzyć i suszyć mu pupinę na kocyku, w rezultacie oczywiście mamy mnóstwo wpadek oraz zasiusianych (i nie tylko) kocyków, pieluch tetrowych itd. itp.  Poza tym, nie wiem, jak tam u Was, u nas jest od paru dni bardzo gorąco (dziś na szczęście wreszcie trochę mniej!) i mam wrażenie, że dzieci też to męczy.

Czytam teraz mądrą książkę o usypianiu bliźniaków - amerykańskiego pediatry.  Zaobserwowałam coś, co może będzie jakąś wskazówką dla Ciebie??? Otóż, ten gość liczy wszystko (wprowadzanie zmian wszelakich w porach karmienia, harmonogramach dnia itd.) od daty planowego przyjścia na świat dzieci, a nie od daty narodzin - możliwe, że to dlatego, że książka jest skierowana konkretnie do rodziców bliźniąt, a bliźnięta, jak wiemy, często bywają wcześniakami. Czyli, jeśli np. u Tracy Hogg albo w innej książce masz podane, jak wygląda harmonogram dnia, dajmy na to, czterotygodniowego dziecka, to my liczymy te cztery tygodnie od daty planowego przyjścia na świat (u mnie np. to jest dwa i pół tygodnia, bo termin porodu miałam wstępnie wyliczony na 13 lipca). Czyli moje będą gotowe na taki harmonogram nie wcześniej, niż po ukończeniu sześciu tygodni.  Wydaje mi się, że to może mieć sens. Ech, no i muszę lecieć, bo na dole ktoś już płacze, w suszarce suszą mi się ubranka bliźniaków, które muszę zaraz wyjąć i poskładać, P. dokarmił właśnie Pysia butelką, a Malutkiej należy się jeszcze przystawienie do piersi... Napisz, co tam u Was - jeśli zdołasz - ściskam mocno i będę się odzywać w wolnych chwilach, mam nadzieję, że jakoś to wszystko poukładamy do końca i te wolne chwile będę miewać chociaż od czasu do czasu!

30 lipca 2014

No, cześć! Ja nie piszę, bo ciągle coś, prawdę powiedziawszy, się dzieje... Zeszły tydzień upłynął mi pod hasłem wietrzenia/ podleczania pupy Pysia, a teraz Malutka zaczęła zdradzać objawy jakby zbliżone do kolki... oby nie, ale kilka razy brzuszek bolał ją na pewno, cały czas coś tam jej w środku burczy i jakby się przelewa, więc zaczęłam dawać jej kropelki przeciwkolkowe (zachwalane przez moje przyjaciółki, z Niemiec sprowadzane... czy pomagają, nie mam pojęcia, ale mam wrażenie, że kiedy je dostaje regularnie, te objawy jakby łagodnieją... walczymy z tą być-może-kolką dopiero trzeci dzień, więc na razie trudno mi właściwie ocenić sytuację). No i tak nam zlatuje dzień za dniem... poza tym, mam wrażenie, że non-stop (albo prawie non-stop) karmię piersią....

No tak, i w tym miejscu przerwałam i podejmuję pisanie po dniach kilku, już nawet sama nie wiem dokładnie, ilu ... :( Nie da się ukryć, że kiedy jestem z dziećmi sama, ciężko mi wygospodarować czas na cokolwiek! Moje dzieci kochane lubią się zmieniać : kiedy jedno słodko śpi, drugie wyje. Do pewnego momentu można było bez pudła powiedzieć, że na ogół wyje i złości się Pyś, Malutka z reguły usypia szybko z anielskim uśmiechem... Ale ostatnio to się zaczęło zmieniać i nie ma już u nas reguły. Zresztą, nie mogę oczekiwać, że dzieci będą spały przez cały dzień pomiędzy karmieniami, prawda? Kiedyś muszą się rozwijać, socjalizować z nami, a jednak mimo wszystko lepiej, żeby robiły to w dzień, a nie w nocy... No więc, kiedy nie śpią, staram się układać na brzuszkach, żeby trenowały podnoszenie główki, przemawiać do nich itd., a w momentach największej aktywności wkładam do fotelików samochodowych... czasami zdarza się, że przez godzinę - dwie pozwolą mi coś porobić, obserwując np. jak się kręcę po kuchni z fotelików (z reguły Pyś, Malutka jednak sypia w ciągu dnia sporo dłużej niż on). Zresztą, muszę zaznaczyć, że bez względu na to, kto wyje, i tak ich uwielbiam. Pyś jest złośnikiem i Profesorkiem Nerwosolkiem, wszystkie jego postulaty muszą być spełnione już natychmiast :) W przeciwnym razie mamy tu okrutny wrzask :) Ale on się złości i ryczy tak przezabawnie i uroczo, że jakoś bardziej mnie to śmieszy, niż dobija!  ...


Tak naprawdę morale spada mi wyłącznie wtedy, kiedy któreś z dzieci płacze z bólu - oboje miewają problemy z brzuszkami (tak, Pyś już dołączył do "stanów kolkowych"), a tak poza tym - jeśli wyją, to da się przeżyć. Pyś jest poważnym gościem, częściej się awanturuje, robi też przeuroczą podkówkę, użalając się nad sobą, póki co nie uśmiecha się tak "w pełni" - czasami na pół przez sen wysyła nam półuśmiechy :) Malutka uśmiecha się natomiast do wszystkich bardzo prześlicznie, chociaż raczej chyba nie robi tego świadomie póki co... 

Ogólnie - nie jest najgorzej, tylko roboty przy nich jest jednak sporo - karmienie dwójki co trzy godziny, w moim przypadku - najpierw z piersi, potem mieszanką, którą tak czy siak muszę przygotować, odbijanie, przewijanie, usypianie... kiedy jestem z nimi sama, ledwo zdążam ogarnąć chałupę i ewentualnie zrobić cokolwiek do jedzenia sobie i P.. Pewnie też działam w trochę zwolnionym tempie, bo jestem permanentnie niewyspana. Odżywam nieco, kiedy przyjeżdża moja Mama.... chyba zacznę jej wizyt wypatrywać z ogromnym utęsknieniem! :) Oho, któreś już mi zaczyna popłakiwać, godzina kolejnego karmienia się zbliża - lecę, wysyłam tego maila, bo jeśli nie wyślę, to będzie mi wisiał otwarty w komputerze jeszcze nie wiadomo jak długo! Ściskam Cię mocno i czekam na odpowiedź, mam ogromną nadzieję, że brak odpowiedzi od Ciebie wynika tylko z braku czasu... stuknij chociaż kilka marnych słów, co u Was? Jak F. i H.? Trzymajcie się! 

sobota, 28 marca 2015

Z listów do A. - część 8

11 lipca 2014

Dzięki, że napisałaś, wyobrażam sobie, jakie masz urwanie głowy  teraz... Cały czas kibicujemy F. oczywiście, nawet przez sen! A  tego u nas ostatnio niedostatek - chyba będziemy musieli wprowadzić  kilka usprawnień, np. zacząć wstawać do dzieci na zmianę, a nie razem-  co prawda, dzięki temu, że wstajemy razem, szybciej oporządzamy dwójkę,  ale to poprawia sytuację tylko jeśli małe się nie drą - a ostatnio, jak  na złość, zaczęli gorzej sypiać i w nocy niestety rozpaczają naprzemiennie. Dziś poddałam się już i do wieczornego karmienia o ósmej ściągnęłam  pokarm laktatorem, żeby nie trzymać ich godzinami przy cycku (w nocy i  tak na zmianę pociągają i zasypiają, i trwa to straaaasznie długo),  trochę mi zostało na pierwsze karmienie nocne, zaraz spróbuję ściągnąć  jeszcze trochę - może starczy chociaż na pół nocy. Z jednaj strony -  nie mam siły przy każdym karmieniu przystawiać ich do piersi, z drugiej  - nawalczyłam się jak cholera o laktację i za nic nie chciałabym jej  teraz stracić, mam nadzieję, że laktator zamiast "naturalnego" ściągania  pokarmu przez dzieci w nocy do tego nie doprowadzi - oczywiście w dzień  mam zamiar ich przystawiać jak do tej pory, no, ale kiedyś sypiać  muszę...

Ogólnie nie jest łatwo. P. pracował przez cały ostatni  tydzień na dwie zmiany, i tak samo będzie pracował jeszcze w  poniedziałek, mam nadzieję, że przez weekend trochę odeśpi, a potem na  resztę tygodnia weźmie wolne. Ja też liczę na to, że uda mi się trochę  odespać, choćby na tyle, żeby zacząć w miarę racjonalnie myśleć i  opracowywać dalsze usprawnienia naszego życia we czwórkę... Jestem  zdeterminowana, żeby nauczyć dzieci ładnie zasypiać (mam nawet dwie  książki na ten temat, w ciąży zapoznałam się z nimi pobieżnie, ale w tej  chwili jestem już tak zmęczona, że niewiele pamiętam!), ale nie jestem  pewna, czy to nie za wcześnie - może najpierw powinny mieć wprowadzone  dłuższe przerwy między karmieniami, a potem dopiero - trening  zasypiania?... będę musiała doczytać chyba. Co do męczenia w ciągu dnia  - wiesz co, u nas to nie działa. Tzn. ja nie męczę ich jakoś specjalnie,  ale w ciągu dnia mają w otoczeniu masę bodźców - rozmowy, muzyka,  włączony odkurzacz, kosiarki i traktory hałasujące w okolicy, no i  światło. Wieczorem staram się natomiast, żeby było cicho i ciemno, ale -  jak miałaś możliwość przeczytać powyżej - jak do tej pory nie zdaje to  specjalnie egzaminu... 

Z tym pojedynczym wózkiem to jest pomysł, myśmy już dawno rozmawiali,  żeby kupić nawet dwie pojedyncze lekkie i tanie spacerówki, tak, żeby można było dzieci bez problemu rozdzielać. Okropnie trzymam kciuki też i za to, żeby E. dogadał się z małymi. U  nas jest tak, że starsza siostra - M. - lat 15 nawet ze mną karmi  butelką małe i odbija, czasami nawet nadgorliwie :) zdarza się że  troszeczkę wybudza ich ze snu, kiedy już zasypiają, bierze za łapki i  trochę, jak to moja Mama powiedziała, "bawi się z nimi jak z kociętami"  :) Robi im też przepiękne, przecudowne zdjęcia (bo w ogóle ma zdolności  w tym kierunku). Ja dla odmiany staram się w ciągu dnia też poświęcić  jej trochę czasu, na przykład obejrzeć z nią jakiś film - ale niestety  doświadczenie wskazuje, że na razie , póki maluchy śpią dużo w ciągu  dnia, chyba odpuścimy sobie branie ich przed telewizor - zrobiłyśmy tak  ze dwa razy, żeby coś tam oglądać razem na DVD w trakcie karmienia, no i  efekty były raczej kiepskie - dzieci wybudziły się tak, że ciężko było  je potem wyciszyć i uspokoić. Trzeba będzie raczej robić przerwy na  karmienie i zostawiać ich w sypialni, żeby, najedzone, odpłynęły :) No, idę ściągać na nocne karmienie, bo jeszcze trochę mi brakuje - a i  pospać by się przydało, zanim te moje wampirki małe się obudzą....  Trzymajcie się! Piszcie! :)

13 lipca 2014

No, cześć! Nie dziwię się, że się boisz... Ja przy dwójce zdrowych miewam napady paniki pt. "Jakoś dziwnie oddycha" itd. itp., a co dopiero przy chorym :( Nadal trzymam, żeby F. dochodził do siebie, walczy chłopak tak dzielnie, że hej...No musi być lepiej w końcu, no! Moja Mama też już mnie wypytuje o Was kilka razy dziennie... oczywiście ze szczególnym naciskiem na stan F. Z tym spaniem, to ja Ci się wcale nie dziwię. Szczerze mówiąc, ja tego nadal nie ogarniam. Z jednej strony, parę razy próbowałam być konsekwentna - "wyje, to niech wyje, skoro nakarmiony, przewinięty i nic nie boli (wiemy, że nie boli, bo uspokaja się NATYCHMIAST wzięty na ręce!), to poczekamy 15 minut, niech w tym czasie wyje, może zaśnie". Z drugiej strony - mam wrażenie, że na taką konsekwencję jest po prostu za wcześnie. 

Za każdym razem przy usypianiu działa coś innego. Wczoraj na przykład Pyś wył jak potępieniec do północy, P. próbował go usypiać - bez skutku, opcję "kolka" i "ból brzuszka z przejedzenia" wykluczyliśmy, bo uspokajał się natychmiast po .... podaniu butelki (a nie chcieliśmy już karmić, bo dużo zjadł i baliśmy się, że w końcu faktycznie go brzuch rozboli!) - u Taty na rękach raz mu było lepiej, raz gorzej, w końcu P. go odłożył, po kwadransie wycia w końcu ja się złamałam, podniosłam go z łóżka i przystawiłam do piersi... na 3 minuty dosłownie. Po 3 minutach zasnął i spał jak anioł do następnego karmienia!  Myślę, że taki konsekwentny trening zasypiania zacznę dopiero, jak się wydłużą przerwy między karmieniami nocnymi. A co do tego, kiedy się je wydłuża - mój Mąż twierdzi, że jeden posiłek na dobę można wyeliminować po ukończeniu miesiąca... czyli do miesiąca powinno być 7 karmień na dobę, a potem może być 6... hehehe... tylko, że u mnie jest w tej chwili 8 albo więcej :( Więc nie wiem, jak to będzie w praktyce, ale na razie bachorki dość regularnie budzą się jak w zegarku po 3 godzinach od momentu rozpoczęcia poprzedniego posiłku, z pewnymi odchyleniami w zależności od tego, ile za danym razem zjadły. U Tracy Hogg plan dla dziecka 4-tygodniowego przewiduje ostatni posiłek o godzinie 23:00 i sen do 7:00 rano - eeeee? Jakoś nie wierzę, żeby u nas tak to wyglądało w praktyce... no, ale jeszcze 1,5 tygodnia zostało małym do osiągnięcia miesiąca, może coś się zmieni w tym czasie, nie wiem.  Ogólnie, z tego co wiem, to dzieci same sobie ten czas przerwy wydłużają, kiedy są na to gotowe.  Tyle, że przy karmieniu piersią podobno trzeba karmić "na żądanie", a przy karmieniu butelką - najrzadziej co 3 godziny. U mnie to jest w ogóle pomieszanie z poplątaniem, bo dzieci jedzą z piersi i są dokarmiane butlą.

Moi też głowami kręcą, położeni na brzuszku :) Ale w przeciwieństwie do H. nie są tą pozycją zachwyceni :) Raczej traktują ją jako karę, niż nagrodę, główki unoszą gorliwie, ale głównie po to, żeby wyrazić stanowczy protest  :) Mimo to "brzuszkujemy" się przed karmieniami, bo to zdrowo! A wodę podajemy, kiedy na przykład domagają się dokarmiania i istnieje obawa, że się przejedzą (potwornie żarłoczne są te nasze dzieci!).   P. twierdzi, że nie muszą dostawać wody, skoro jedzą z piersi. Podobno przy mieszankach natomiast dopajanie jest wskazane, więc dobrze, że dajesz troszkę wody. Podobno na dłuższą metę maluchy karmione mlekiem sztucznym powinny wodę dostawać regularnie. Oho, zaraz będzie krzyk, bo pora karmienia się zbliża – lecę, trzymaj się cieplutko!

16 lipca 2014


Sorry, że dopiero teraz piszę, burza u nas była dość potężna wczoraj i od tamtej pory mam kłopoty z Internetem... a swoją drogą, nasze Paszczaki trochę dają czadu i wczoraj np. przy tej burzy przespałam tyle, ile mi dały (tzn. spałam wtedy, kiedy one.. właściwie przez cały dzień). Zaczynam mieć wrażenie, że jedyny sposób to spać razem z dziećmi, kiedy już się pada na nos. A że coś tam w domu zostanie nie zrobione... to już trudno :) Kiedyś się zrobi :) Moje Pyszczki zasadniczo działają na zmianę. Jeśli Pyś jest aktywny przez cały dzień, to Malutka śpi... wieczorem Pyś zasypia po całym dniu rozglądania się, a Malutka - daje czadu, biedna zasnąć nie może, bo przecież cały dzionek przespała (właśnie w tej chwili P. poszedł podjąć pierdylnastą próbę uśpienia Malutkiej :)) Ja natomiast powinnam pójść po laktator, odciągnąć sobie pokarm na chociaż jedno nocne karmienie i przespać się trochę... bo zapewne koło dwunastej Pyszczki kochane obudzą się na kolejne nocne karmienie! No i tak to wygląda u nas, póki co. Ja na razie biorę na przeczekanie - jutro maluchy kończą 3 tygodnie, za tydzień mam zamiar wziąć się za nich ambitnie :) i spróbować wdrożyć harmonogram podany dla 4-tygodniowego dziecka przez Tracy Hogg, przewidujący przespanie praktycznie całej nocy!  Jeśli to się nie uda, to naprawdę nie mam pojęcia, jak na dłuższą metę będę robić cokolwiek w domu.... choćby prać rzeczy Małych, jadać od czasu do czasu, żeby nie stracić pokarmu, o innych zajęciach nawet nie wspominając... :) No więc założenie jest takie, że musi się udać :) A co u Was???? Jak F.??? I jak H.???? Trzymajcie się ciepło i dzielnie! 

czwartek, 26 marca 2015

Z listów do A. - część 7, już po narodzinach Pyszczków Małych Dwóch

2 lipca 2014 16:14

No, cześć! Wysłałam Ci wszystko, co okazało się za małe na moje szkraby - one miały  wagę urodzeniową około 2,5 kg - a Ty po prostu puścisz dalej to, co  będzie za małe na Twoich. Ja w ogóle bardzo dużo ciuszków - zwłaszcza na  późniejszy okres - dla moich dostałam. A co do śliczności dzieciaków, to  Wasze też niedługo będą już bez rurek i plasterków, za co  nieustająco trzymamy kciuki! Z kosmetyków używam w tej chwili głównie linomagu - dzieci są nim  smarowane właściwie wszędzie, kiedy mają suchą skórę, ze szczególnym  uwzględnieniem pupek ;) Kąpiemy dzieci (no dobrze, bądźmy szczerzy,  P. kąpie) na razie samą wodą. Mój mąż narzeka przy tym na brak  myjki, musimy kupić jakąś, więc dorzuć myjkę do listę rzeczy potrzebnych :) 

 Sprawdziłam w necie na anglojęzycznych stronach wskazówki dotyczące  karmienia wcześniaków butelką, które niniejszym Ci podaję :) - karmić w pozycji siedzącej - oczywiście z podparciem główki, podobno  to się sprawdza lepiej, niż karmienie na leżąco - jedną ręką podtrzymujesz główkę i kręgosłup dziecka, usadowionego na  Twoich kolanach, tymczasem druga ma posłużyć do trzymania butelki, a  zarazem - podtrzymywania bródki dziecka i ewentualnie policzków  (przypuszczam, że może tu chodzić o naciskanie policzków, żeby wywołać  odruch ssania, nie mam pojęcia, jak jedną ręką trzymać butelkę,  podtrzymywać bródkę i naciskać na policzki... przy najbliższym karmieniu  sama spróbuję to wypróbować, słowo daję!) - ćwiczenia przed karmieniem - masujesz palcem buzię wokół ust,  głaszczesz dziecko pod bródką (hehe, chyba jak kota?), delikatnie  ściskasz policzki - przerywać karmienie, jeśli dziecko ma problemy z oddychaniem - zachęcać pielęgniarki do wyjmowania sondy nosowo-żołądkowej na czas  karmienia - wiele dzieci podobno je z butelki lepiej, jeśli sonda jest  wyjęta. Tyle udało mi się znaleźć póki co, będę jeszcze zgłębiać temat. 

A co nam potrzeba? Kurczę, nic. Słowo Ci daję. Jestem najszczęśliwszą  osobą na świecie. Przez ostatnie 10 lat wydawało mi się, że jestem  super-hiper szczęściarą, że mam takiego męża, jakiego mam, i że znaleźć  kogoś takiego to jak trafić milion w totka. No i...? No i teraz już  wiem, że jeszcze sto tysięcy razy lepiej jest mieć z nim dzieci! Nie  mogę się na nich razem napatrzeć. Coś jak Twój O., cały szczęśliwy,  przy kangurowaniu małej. Wiesz, że P. wstaje ze mną w nocy do  każdego karmienia???? Mamy umowę, że będzie wstawał jeszcze z tydzień,  może dwa, dopóki ja całkowicie nie dojdę do siebie po CC. Co, jak co,  ale ci nasi faceci to nam się udali, no nie? Trzymajcie się cieplutko! I pisz! Ja już trochę poustawiałam sobie życie  domowe i powinnam być w stanie nie tracić kontaktu ze światem  zewnętrznym... :) 

4 lipca 2014

Póki pamiętam - na początek, muszę się z Tobą podzielić moją złotą myślą na dziś. A mianowicie - jeśli nie masz jeszcze sterylizatora do butelek, to moim zdaniem warto się w niego zaopatrzyć. Mówię Cito po niecałym tygodniu bolesnego parzenia paluszków gorącą wodą kilka razy dziennie... ja zlekceważyłam temat, nie kupiłam w przekonaniu, że to zbędny gadżet, ale teraz stwierdzam, że zbędny to on może jest w przypadku matek karmiących wyłącznie piersią .Jeśli się żongluje dużymi ilościami butelek, tak jak my (w moim wypadku to są minimum 2 przy każdym posiłku, bo czasami robię dzieciom na zapas żarełko w dużej butli i wstawiam do lodówki – moi są baaardzo nieprzewidywalni, jeśli chodzi o to, ile zjedzą), więc bywa, że 3. Na chwilę obecną sterylizator jawi mi się jako niezbędny, dokupuję też drugi podgrzewacz do butelek, bo u nas jest tak, że karmię piersią i dokarmiamy butelką. Często gęsto udaje mi się przystawić obydwoje naraz, a potem oczywiście obie butle są potrzebne natychmiast - no i wtedy drugi podgrzewacz okazuje się niezbędny.... 

A dzisiaj mamy w ogóle trudny dzień, Malutka pożarła jakieś potworne ilości mleka modyfikowanego (po przystawianiu do piersi!), po czym ulała nader obficie i od 2 godzin bujamy się z nią, próbując dokarmić po tych stratach (okropnie się tego domaga) i uśpić, w międzyczasie zaliczyłam kolejne karmienie Pysia, no i tak piszę do Ciebie z długimi przerwami. Muszę tymczasem kończyć i lecieć, zobaczyć, co tam słychać (P. chyba usypia z Malutką na piersi ... miało być odwrotnie!), moja Mama (przyjechała do nas na pierwsze 2 tygodnie, żeby mi pomóc, zanim dojdę do siebie) dokarmia Pysia butlą, a ja zniknęłam chwilowo z linii frontu, żeby skończyć tego maila. :) Inne tematy podejmę zatem jutro, mam nadzieję, że do tego czasu nasze życie trochę wróci do normy! :) Trzymaj się dzielnie! :)

5 lipca 2014
No cześć! Podgrzewacz - ja kupiłam na 1 butelkę i szczerze żałuję, teraz dokupuję  drugi taki sam, żeby mieć dwa. Nie wiem, czy to nie lepsza opcja niż  podwójny, bo te moje stosunkowo tanie - chyba po 68 zł je znalazłam, jeśli podwójny jest droższy niż 2x68, to spokojnie pewnie  możesz kupić dwa takie, są proste w obsłudze, sprawdzają się. Mleko....  na jedno dodatkowe karmienie robię na zapas i wstawiam do lodówki,  ewentualnie wstawiam do lodówki przegotowaną wodę, do której później  dodaję tylko mleko i robię mieszankę, ogólnie nie wypracowałam do tej  pory jakiegoś sensownego systemu oszczędzającego czas. 

Co do  przesypiania nocy - no cóż, ostatnie karmienie wypada mi pomiędzy 23.00  a 2.00 w nocy, różnie to bywa, niestety nie mamy jeszcze ustawionego  jakiegoś harmonijnego rytmu i nie umiem naszych bliźniaków na razie  zsynchronizować czasowo - kurczę, co z tego, że umiem ich karmić  jednocześnie, jak oni wcale nie chcą jednocześnie jeść :( No, ale  pocieszam się, że to dopiero początki, więc może z czasem jednak będzie  coraz łatwiej. Jeśli chodzi o spanie w ogóle, to - niestety - w  praktyce, w nocy jedyna metoda na nasze dzieci - kiedy spać nie chcą -  jest taka, żeby je przewinąć, nakarmić i zostawić - niech marudzą (a  nawet wyją). Interweniujemy ewentualnie dopiero po 20 minutach... ale z  reguły te 20 minut wystarczy, żeby jednak zasnęły. Grunt to nie  rozbudzić towarzystwa, kiedy teoretycznie wszystkie warunki zasypiania  są spełnione, bo potem, jak się rozhulają, to ho ho... wczoraj mieliśmy  taką prawie w całości nieprzespaną noc właśnie. Teraz staram się je  trochę przytrzymać bez snu, bo przez cały dzień usiłują twardo odsypiać noc pełną hulanek i swawoli :) i nawet na karmienie trzeba  ich wybudzać :) 

Dzieci śpią z nami w sypialni - staram się więc  wprowadzić zasadę, że po ostatnim karmieniu takim w miarę wcześnie  wieczorem gasimy im światło i wychodzimy, żeby powoli uczyły się  odróżniać dzień od nocy (początkowo beztrosko zostawaliśmy w sypialni,  gadaliśmy, świeciliśmy im w oczy - ale wszędzie piszą, że dziecko  powinno uczyć się, że noc służy do spania, a dzień jest okresem większej  aktywności, i powinno mieć jasno postawioną granicę pomiędzy dniem i nocą). 

 Na spacer udało nam się, jak dotąd, wyjść raz - przedwczoraj - wczoraj  dzieci spały w wózku na tarasie, dzisiaj w ogóle był duży wiatr i nie  wychodziliśmy z nimi z domu. Na spacerze, na naszych wertepach, wózek  sprawdził się doskonale - jest leciutki i świetnie się prowadzi, także  po piachu (tak wyglądają drogi wokół naszego domu). Nawet ja, chociaż  nie jestem jeszcze w jakiejś super formie, byłam w stanie go  prowadzić... Jestem naprawdę z niego zadowolona. Ja mam kolor nr 16 i  też jestem w swojej wersji zakochana na maxa :) 

Rana po CC goi się ładnie, P. wyciągnął mi już wczoraj szwy, ale  ogólnie - nadal jestem obolała, niezdarna z lekka, brzuch mam ciągle  duży... w ogóle po CC byłam przerażona, co tylko świadczy o mojej  piramidalnej głupocie. Nie wiem, ja nigdy w życiu nie byłam w szpitalu,  nie miałam nawet z żadnej okazji zakładanych szwów ani nic, i jakoś tak  nie wyobrażałam sobie za bardzo, jak takie CC wygląda... więc to, co się  ze mną działo po porodzie, było dla mnie duużym i dość koszmarnym  zaskoczeniem. Teraz już powoli wracam do siebie... ale chyba faktycznie  do pełnej formy dojdę dopiero za jakieś 4-5 tygodni.... Marzę już tylko  o tym, żeby normalnie wziąć kąpiel w wannie i móc spać na brzuchu. Ale  te marzenia na razie wydają się odległe i nieuchwytne... Aha, no i w  dodatku nieustająco chce mi się płakać, mam nadzieję, że to przejdzie  niedługo, bo jest dość uciążliwe - może dlatego, że ten stan psychiczny  jest mi na ogół raczej obcy :) Nie odnajduję się zbyt dobrze w tych  atakach melancholii :) No i znowu muszę kończyć, bo zaraz będziemy przystępować do kąpieli  bliźniąt. Trzymaj się, pisz!